Adwokat na procencie - sprawniejszy proces
Udział w wartości wygranej sprawy jako wynagrodzenie dla prawnika to nieoficjalny pomysł Ministerstwa Sprawiedliwości
Jego urzeczywistnienie miałoby pośrednio m.in. przyśpieszyć i potanieć procesy oraz odciążyć sądy. Zakłada się bowiem, że zniechęciłoby to opłacanych za czas poświęcony sprawie prawników do przedłużania procesów, a zachęciło do szybkiego i ugodowego ich załatwiania w drodze mediacji, zanim jeszcze pozew trafi do sądu.
Jak w Ameryce
Ewentualna zmiana modelu wynagradzania prawników występujących w sądowych sporach o odszkodowania czy majątek wzorowana byłaby na amerykańskim systemie tzw. success fee. Zgodnie z zasadą no win - no fee adwokat amerykański nie bierze pieniędzy od klienta, jeśli nie wygra jego sprawy albo, jeszcze lepiej, nie wynegocjuje wcześniej korzystnej ugody finansowej.
Ale jeśli wygra, otrzymuje zwyczajowo 30 proc. z uzyskanej kwoty. - To nie jest takie proste. W USA zasadę success fee stosują średnie i mniejsze kancelarie prawnicze. Duże, renomowane firmy nie podejmują się pracy za darmo, licząc na procent z wygranej sprawy - wyjaśnia Krzysztof Wierzbowski, partner zarządzający w kancelarii Wierzbowski Eversheds.
Tylko premia
W Polsce opłaty za czynności adwokatów i radców prawnych ujętesą w rozporządzeniach w formie stawek minimalnych. Służą one sądom do wyznaczania części obciążających stronę przegraną kosztów procesu oraz kosztów obrońcy bądź pełnomocnika z urzędu. W relacjach klienta z prawnikiem obowiązuje natomiast wynagrodzenie uzgodnione w umowie, oparte na nakładzie pracy i stopniu zawiłości sprawy. W praktyce kancelarie stosują kilka sposobów rozliczeń z klientami: za godzinę pracy, kwotę ryczałtową.
Są prawnicy, którzy zastrzegają, że w pewnych sprawach dodatkowym elementem wynagrodzenia może być premia za wynik. Taka premia to właśnie łagodna odmiana zasady success fee. I tylko taką dopuszczają normy etyczne obowiązujące polskich radców i adwokatów (od niedawna). Kodeks etyczny radców prawnych głosi, że nie wolno im zawierać z klientem umowy o honorarium proporcjonalne do osiągniętego rezultatu; dozwolone jest ono jedynie jako dodatkowe wynagrodzenie za pomyślny wynik sprawy. Identycznie sprawę ujmują zasady etyczne przyjęte przez CCBE, europejskie stowarzyszenie korporacji prawniczych, formułując zakaz tzw. pactum de quota litis. - To ograniczenie ma przede wszystkim służyć ochronie klientów - uważa Andrzej Zwara, członek Naczelnej Rady Adwokackiej.
- Wprowadzenie zasady success fee wymagałoby zmiany kodeksu etycznego wykonywania zawodu, co leży w kompetencji samorządu zawodowego, a nie ministra sprawiedliwości - tłumaczy Krzysztof Wierzbowski.
Ostrożnie z tą rewolucją
Prawnicy, którzy mieliby otrzymywać wynagrodzenie w takiej formie, są sceptyczni.
- Gdyby wartość przedmiotu sporu była duża, a sprawa niezbyt złożona, prawnik łatwo mógłby zarobić duże pieniądze. Ale w sprawach życiowo ważnych i pracochłonnych, w których przedmiot sporu jest małej wartości, klient mógłby mieć problem ze znalezieniem należycie przygotowanego, kompetentnego pełnomocnika - uważa Krzysztof Wierzbowski.
- Za friko prowadziłoby się sprawy przegrane - mówi Zenon Klatka, prezes Krajowej Rady Radców Prawnych. - To byłoby możliwe w dużych kancelariach, mających sporo wartościowych spraw. Tam wynagrodzenia za nie pokryłyby koszty procesów, za które nie dostanie się nic. Tymczasem u nas najwięcej jest kancelarii małych, jedno- czy kilkuosobowych. A poza tym, na jaki udział prawnika mogliby godzić się klienci? Nie wyobrażam sobie, że na 30-proc., jak w USA - dodaje Zenon Klatka.
Według Andrzeja Zwary doszłoby do swoistego zdziczenia procesów.
- Motywacją do ich wytaczania byłyby tylko te procenty - uważa. - A najważniejsza kwestia: ochrony praw czy roszczeń, zeszłaby na drugi plan.
Wątpliwości wzbudza też cel pomysłu.
- Jeśli ktoś myśli, że prawnicy celowo przedłużają procesy, żeby więcej zarobić, to znaczy, że nie zna naszego środowiska - argumentuje Krzysztof Wierzbowski. - Jestem przeciwny wprowadzeniu tego rozwiązania jako powszechnej zasady. Choć być może w niektórych sytuacjach miałoby to sens.
Zdaniem Andrzeja Zwary, którego kancelaria specjalizuje się w prawie gospodarczym, 90 proc. spraw z tej dziedziny, jakie trafiają do firm prawniczych, i tak jest załatwiana poza sądem. Liczba procesów wynika po prostu z rozwoju obrotu gospodarczego w kraju.
- Poprawy sytuacji w sądach należałoby raczej szukać w usprawnieniu procedur - mówi.
Maciej Bobrowicz, radca prawny prowadzący kancelarię w Zielonej Górze, uważa natomiast, że metoda success fee mogłaby być interesująca, ale tylko jako jeszcze jedna możliwość kształtowania wynagrodzenia.
- Nie powinna to być jednak wyłączna i ogólna zasada - zastrzega.
IRENEUSZ WALENCIK
źródło: Rzeczpospolita 30.11.2005 r.