szukaj >

"Nie opłaca się nie znać prawa"

LEGISLACJA W latach 2001 - 2004 wydano 916 Dzienników Ustaw, w których ogłoszono 9196 aktów prawnych (głównie ustaw) na 66 642 stronach

 

 

Źle się dzieje, gdy objętość stanowionego prawa przekracza możliwości jego poznania.

A tak jest, gdy dostrzeże się, ile go tworzy polski prawodawca.

Tylko w latach 2001-2004 zostało wydanych 916 Dzienników Ustaw, w których ogłoszono 9 196 aktów prawnych (głównie ustaw) na 66 642 stronach, oraz 223 Monitory Polskie, a w nich 3 566 aktów prawnych na 9 692 stronach.

To zestawienie nie obejmuje resortowych dzienników urzędowych (w programie LEX jest ich 29), wojewódzkich dzienników urzędowych prowadzonych dla 16 województw (w nich drukowane jest prawo miejscowe).

Jest to tak ogromna masa przepisów, o różnym zresztą zakresie ogólności i szczegóło-wości i o różnym stopniu stabilności, że zamiar zapoznania się z samym tekstem tych unormowań rychło przeradza się w trwałą do tego niechęć, czemu dodatkowo sprzyja niestrawność języka prawnego (czego nie wolno mylić z językiem prawniczym).

Jednak poszanowanie prawa i jego przestrzeganie jest konstytucyjnym (art. 83) obowiązkiem każdego z nas, czego konsekwencją jest obowiązek poznania prawa. Innymi słowy, aby móc przestrzegać prawa, należy je znać. Ten, kto go nie zna, naraża się na skutki jego działania: ubi lex, ibi poena (gdzie prawo, tam kara). Zwłaszcza że nieznajomość prawa nie zwalnia z odpowiedzialności, lecz wprost szkodzi (ignorantia iuris nocet). Zestawienie działania tej zasady z drugą zasadą bezwzględnego legalizmu: dura lex, sed lex (twarde prawo, ale prawo), wymusza wprost jego poznanie, przy-najmniej w tym zakresie, w którym aktywizujemy swoje życie zawodowe i prywatne. Trawestując powiedzenie Ernesta Renana, który mawiał, że „nie opłaca się być złym”, można rzec, że nie opłaca się nie znać prawa.

Warunkiem poznania przepisów jest umiejętność czytania. Tę zaś posiada (lub posiadać powinien) każdy, bo przecież istnieje - i to pod rygorem sankcji - powszechny obowią-zek nauki. Tym samym prawodawca zabezpieczył się przed ewentualnymi zarzutami chronionymi przez przepis art. 30 kodeksu karnego, że nie popełnia przestępstwa, kto dopuszcza się czynu zabronionego w usprawiedliwionej nieświadomości jego bezpraw-ności. Krótko mówiąc: umiesz czytać, czytaj przepisy prawne.

Ale stoją temu na przeszkodzie m.in. koszty uzyskania tekstów ustaw, rozporządzeń, zarządzeń. Roczna prenumerata Dziennika Ustaw kosztuje 1 356,60 zł, a Monitora Polskiego 275 zł, co odpowiada 73 proc. średniej krajowej płacy (w chwili pisania tego tekstu przeciętne miesięczne wynagrodzenie wynosiło 2 230,53 zł - M.P. z 2004 r. nr 35, poz. 617). Z kolei korzystanie z programów komputerowych wymaga wydatków na osprzęt oraz na sam program (nie wspominam o kosztach związanych z opracowaniami źródeł prawa: broszur, poradników, podręczników, monografii, komentarzy). Co prawda, prawnicy nie zaliczają się - co do zasady - do przeciętnie zarabiających i stać ich - też co do zasady - na zakup prawniczych programów komputerowych, niemniej prawo nie jest tworzone tylko dla tej, bądź co bądź, wąskiej grupy zawodowej. W państwie prawa dostęp do źródeł prawa powinien być dostosowany do możliwości finansowych jego adresatów. Państwo, które nakazuje przestrzeganie prawa, powinno stworzyć warunki umożliwiające wykonanie tego obowiązku.

Przyjąć jednak należy, że potrzebę dostępności do jego źródeł koryguje pragmatyzmem. Nikt o zdrowych zmysłach nie czyta od dechy do dechy dzienników publikujących akty prawne. Każdy, kto ma, używając języka Immanuela Kanta „chytry rozum”, poznaje jedynie te regulacje, które są mu niezbędne.

Aby móc przestrzegać prawa, nie wystarczy zapoznać się z jego brzmieniem. Należy je zrozumieć. O tym, jakie to trudne, świadczą najlepiej orzeczenia Sądu Najwyższego, które, kasując wyroki sądów powszechnych, dowodzą ułomności składów orzekających w zakresie dekodowania treści przepisów prawa. A więc nawet bezstronni sędziowie - doświadczeni życiowo, wyrobieni społecznie, zawodowo trudniący się dekodowaniem norm - dopuszczają się raz po raz błędnych ocen treści prawa (a co ma powiedzieć tzw. prosty człowiek, który dostrzega, iż sam Sąd Najwyższy - na podstawie tego samego przepisu - zmienia swoje stanowisko).

Wielość, obszerność, zmienność, złożoność, przejściowość przepisów z wolna zaczyna doskwierać i tym, którzy prawem zajmują się zawodowo. Coraz trudniej o bieżącą nie tyle lekturę, bo ta jest obowiązkowa, ile pogłębioną analizę przepisów wchodzących w życie, zwłaszcza gdy ustawodawca daje niewiele czasu na zapoznanie się z nimi. Ignorowanie adresatów norm prawnych, ich możliwości poznania przepisów, częsta bylejakość prawa to główne grzechy prawodawcy. Skutki społeczne takiego stanu rzeczy już teraz są do przewidzenia: niechęć do prawa i prawników, niechęć do sądów i do państwa. Przedłużający się taki stan rzeczy zagraża nam wszystkim. A przecież, jak mawiał Czesław Miłosz: „Potrzebny jest nam ład i porządek”.

Dariusz Jan Babski

Autor jest adwokatem w Szczecinie

Artykuł ukazał się na łamach Rzeczpospolitej  z 29 marca 2005 r., a wcześniej - w lutowym numerze In Gremio wydawanym przez Izbę Szczecińską.

Biuletyn Informacji Publicznej Naczelnej Rady Adwokackiej redaguje adw. Rafał Dębowski
e-mail: redaktor.bip@nra.pl
Osoba odpowiedzialna za treść: adw. Rafał Dębowski
Data modyfikacji: 2006/01/06 21:41:43
Redaktor: Główny redaktor Biuletynu