Adw. dr Kazimierz Łojewski
"Nowa wersja jeżowych rękawic"
Przez 85 lat istnienia w ramach różnych formacji ustrojowych żadna władza nie poważyła się wystawić adwokatury na podobne do obecnego targowisko polityczne.
Parlament poddał już początkowej obróbce legislacyjnej projekt ustawy, która w zasadzie unicestwia samorządność adwokatury - tradycyjną podwalinę istnienia tego zawodu, gwarantowaną zresztą przez konstytucję z racji tkwiącej w nim immanentnie cechy zawodu zaufania publicznego.
Towarzyszą temu rozliczne publikacje o rzekomym zasklepieniu się tego zawodu w profesjonalnych okopach Świętej Trójcy. Ma się to wyrażać w kastowości (dopuszczaniu do zawodu tylko osób z rodzin adwokackich), ograniczaniu ze szkodą dla społeczeństwa stanu liczebnego adwokatury z obawy przed konkurencją, a konkretnie przed pomniejszeniem zarobków członków palestry, innymi słowy w tworzeniu i w tolerowaniu takiego stanu, w którym społeczeństwo jest pozbawione dostępu do pomocy prawnej, współmiernej do coraz bardziej narastających potrzeb. Grozę takiego obrazu ma pogłębiać fakt, że co roku wysypują się dziesiątki tysięcy absolwentów, którzy nie mogą nawet marzyć o aplikacji adwokackiej ze względu na mur celowo zawyżonych wymagań. A przecież rozwiązanie tego problemu jest takie proste: należy szeroko otworzyć drzwi do adwokatury i znacząco powiększyć jej stan osobowy, co, z jednej strony, zapewni młodym adeptom dostęp do zawodu, z drugiej - potanienie usług adwokackich w wyniku naturalnego, dyktowanego prawami rynku działania wolnej konkurencji.
Mutant samorządu
Problem przyoblekł się w kształt gotowego projektu ustawy i materializuje się w żądaniu pozbawienia samorządu adwokackiego uprawnienia do przeprowadzania egzaminów na aplikację adwokacką, a tym samym ustalania sprawdzianów pod kątem zadań zawodowych, jakie mają w przyszłości wykonywać, jak i odebrania mu kompetencji do powoływania komisji egzaminacyjnych po ukończonej aplikacji. Funkcje egzaminacyjne w obu zakresach mają pełnić komisje państwowe działające przy ministrze sprawiedliwości, składające się z przedstawicieli różnych zawodów prawniczych: sędziów Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego, prokuratora Prokuratury Krajowej, nauki prawa i wreszcie członków samorządu adwokackiego.
W równie zaawansowanej obróbce legislacyjnej jest drugi projekt ustawy, mocą której wszystkie formacje samorządów zawodowych, w tym oczywiście adwokatura, mają zostać poddane nadzorowi administracji państwowej, a konkretnie ministra spraw wewnętrznych i administracji.
W ten oto sposób - po zatoczeniu szerokiego czternastoletniego kręgu - wymarzony pochód do demokracji ma się spełnić w powrocie do stanu pierwotnego: modelu centralnego zarządzania instytucjami tradycyjnie autonomicznymi. Oznacza to likwidację przemian ustrojowych w jednej z ich najbardziej rudymentarnych dziedzin, jaką jest samorządność zawodowa, uznawana powszechnie za probierz i papierek lakmusowy demokracji.
Zaproponowana organizacja adwokatury jest dziwaczną hybrydą prawną, a właściwie mutantem samorządu, który nie ma nic wspólnego z europejskim pojęciem samorządności. Cała siatka pojęciowa, na której opierają się międzynarodowe organizacje adwokackie o światowym zasięgu - International Bar Association z siedzibą w Londynie i Union Internationale des Avocats z siedzibą w Paryżu, do których należy adwokatura polska już od połowy lat osiemdziesiątych -
Formuła mistrz - uczeń odesłana do lamusa
To charakterystyczne, że wszystkie zarzuty pod adresem palestry nie odnoszą się do poziomu zawodowego świadczonych przez nią usług. Profesjonalizm adwokatury jest poza kręgiem krytyki, co wystawia określone świadectwo o poziomie przygotowania zawodowego adeptów tej sztuki, opierającego się na instytucji indywidualnie „prowadzonego” aplikanta przez wyznaczonego mu patrona oraz kształcenia kursowego powierzonego wyłonionym z adwokatury wykładowcom, na wyłączny koszt członków korporacji - ze składek na utrzymanie samorządu. Adwokatura zasila od lat skład orzeczniczy SN, Trybunału Konstytucyjnego i innych wysokich instancji, uczestniczy w dydaktyce akademickiej i dostarcza ekspertyz naukowych w różnych dziedzinach, w tym w legislacji. Toteż tę sferę działalności ustawodawca chce pozostawić adwokaturze jako jej nienaruszoną domenę - łącznie z troską związaną z kosztami szkolenia już nie setek, ale tysięcy aplikantów, których powołają nowe komisje egzaminacyjne. Projektodawcy muszą się oczywiście liczyć z tym, że faktycznej likwidacji uległaby również instytucja patronatu z tej prostej przyczyny, że dla tysięcy aplikantów nie starczyłoby po prostu adwokatów patronów.
Wyobraźnia ustawodawcy w tworzeniu dobrego prawa jest równie niezbędna, jak wiedza o problemie, który pragnie rozwiązać, oczywiście pod warunkiem, że wiedza ta ma jakiś związek z rzeczywistością. Nie ulega wątpliwości, że takiego kontaktu w omawianym projekcie zabrakło, czego dowodem jest choćby ten jego fragment, który powierza wykonywanie patronatu nad setkami lub tysiącami aplikantów... jednemu patronowi w osobie dziekana konkretnej rady adwokackiej. Starą i sprawdzoną formę szkolenia „mistrz - uczeń” odsyła się do lamusa bez jakiejkolwiek refleksji lub oglądania się na skutki.
Profesjonalista już się ogląda za sądowymi urzędówkami
Powstaje od razu i następne zagadnienie: Jeśli nawet za kilka lat na rynek usług adwokackich wysypią się tysiące lub - co zakładają projektodawcy – dziesiątki tysięcy nowych adwokatów, zaistnieje nieuchronnie groźba powstania proletariatu adwokackiego, składającego się ze słabo przygotowanych wyrobników prawa, walczących per fas et nefas o klienta przy zastosowaniu wszystkich, dosłownie wszystkich metod. Efektem tego może być wyłącznie rynek całkowitego bezprawia i wolnoamerykanki, z którą nawet przy obecnym stanie osobowym adwokatura od czasu do czasu się boryka i którą zwalcza środkami dyscyplinarnymi – aż do skreślenia z listy adwokatów włącznie.
Samorząd adwokacki bierze z mocy prawa odpowiedzialność zarówno za poziom profesjonalny adwokatów, jak i za przestrzeganie przez nich norm etyki zawodowej. Deontologia zawodu z całym niezbędnym arsenałem środków dyscyplinarnych jest atrybutem, bez którego adwokatura nie mogłaby istnieć. Rodzi się tu znów następna kwadratura koła, wyrażająca się w całkowitej abstrakcyjności sytuacji, w której adwokatura ponosiłaby odpowiedzialność za postępowanie człowieka, który dostał się do zawodu z mocy decyzji organu państwowego, nie samorządowego, niekiedy wbrew stanowisku adwokata, który śladowo w tym organie się znalazł.
Każdy, kto zna problemy dzisiejszej adwokatury, jak również strukturę wymiaru sprawiedliwości, musi zauważyć, że u podstaw projektu nowej ustawy leży całkowita niewiedza o obecnej sytuacji tego zawodu, w szczególności zaś o tym, że także adwokatura dotknięta jest problemem bezrobocia. Obsługujące świat biznesu bogate (w znacznej mierze zagraniczne) spółki adwokackie i radców prawnych, pobierające na wzór amerykański wynagrodzenie według stawek godzinowych i na podstawie przelicznika dolarowego, to margines „delikatesowy” zawodu (całkowicie zresztą osobowo już nasycony) i nie są w stanie przesłonić faktu, że wysoko wykwalifikowany profesjonalista o praktyce ogniskującej się w prowadzeniu spraw sądowych, ogląda się coraz bardziej za otrzymaniem sprawy z urzędu, wynagradzanej przez skarb państwa w wysokości, która z całą pewnością nie rzuca na kolana. Sądowe urzędówki, niegdysiejsza plaga adwokatury, stają się coraz bardziej mile widzianą formą, a dla znaczącej liczby adwokatów podstawową formą wynagrodzenia. Przyczyna takiego stanu jest prosta: postępująca pauperyzacja społeczeństwa przekłada się na sytuację, w której potrzebujący pomocy prawnej człowiek albo otrzyma ją nieodpłatnie (tzn. opłaconą z budżetu państwa), albo musi z niej zrezygnować, co w określonych wypadkach jest z mocy samego prawa niedopuszczalne.
Z relacji prasowych o przebiegu sejmowej dyskusji nad projektem wynika nazbyt jasno, że projektodawcy w ogóle omawiane wyżej problemy pozostawili poza orbitą swego zainteresowania, nie przeprowadzili żadnej procedury symulacyjnej i nie starali się nawet zebrać w tym zakresie podstawowej dokumentacji merytorycznej. Widać gołym okiem, że animował ich wyłącznie jeden problem: wykazania się troskliwą pomysłowością przed potencjalnym elektoratem w zdobywaniu miejsc zatrudnienia dla absolwentów prawa z widokiem na polityczną opłacalność takich zabiegów w przyszłych wyborach parlamentarnych.
I Napoleon, i Lenin
Zarówno adwokatura brytyjska, działająca w systemie common law, jak i adwokatury kontynentalne (w tym polska), czerpią rację swego bytu z identycznego źródła, jakim jest niezawisłość tego zawodu, wyrażająca się w wydzieleniu go ze struktur administracji państwowej - w uznaniu faktu, że może on działać wyłącznie w ramach samorządu zawodowego jako tzw. zawód wolny, odpowiedzialny sam za siebie wobec społeczeństwa, któremu ma służyć, i systemu prawnego, którego jest częścią składową. Dla takiego stanu nie ma alternatywy, bowiem adwokatura albo jest wolna, niezawisła i samorządna, albo nie ma jej wcale. Racja bytu adwokatury w sferze wymiaru sprawiedliwości zasadza się na konieczności wysłuchania tezy przeciwnej lub korygującej w odniesieniu do stanowiska (twierdzenia) podmiotu, którym nierzadko (zwłaszcza w sprawie karnej) bywa państwo. Takie są wymagania dialektyki poznania i one właśnie sprawiają, że bez obrońcy proces karny staje się atrapą, pozbawioną jądra, które Rzymianie streścili w paremii „audiatur et altera pars”.
Droga adwokatury europejskiej nie była usłana różami. Ukochany przez Polaków Napoleon już jako cesarz (ale pamiętający udział i rolę adwokatów w rewolucji francuskiej) odmówił początkowo podpisania dekretu potwierdzającego wolność i samorządność adwokatury z uzasadnieniem, że „należy obciąć język temu, kto się nim posługuje przeciwko rządowi”. Szczególnie barwnym, a jednocześnie brutalnym określeniem palestry zasłynął Lenin (sam kiedyś początkujący adwokat), twierdząc, że adwokatura jest „inteligencką hołotą, którą zawsze należy trzymać w jeżowych rękawicach”. Cytat ten był wyznacznikiem stosunku władzy autorytarnej do adwokatury w całym obozie realnego socjalizmu, który z zasady adwokaturze nie ufał i uznawał ją zawsze za ciało w systemie wymiaru sprawiedliwości obce, zasługujące zaledwie na tolerowanie.
A jednak w PRL adwokatura mimo restrykcyjnych uregulowań prawnych i bardziej jeszcze restrykcyjnych decyzji władz (np. wprowadzonej w okresie stalinowskim weryfikacji adwokatów pod kątem ich poprawności politycznej, kończącej się nierzadko skreśleniem z listy adwokackiej) funkcjonowała jako jedyne poza kościołem niezetatyzowane gremium i to w orbicie tak czułej, jak wymiar sprawiedliwości.
Dla adwokatów starszego pokolenia, patrzących na te czasy z pewnej retrospektywy, nie ulegało i nie ulega wątpliwości, że istotnym i najważniejszym paliwem napędzającym adwokaturę do działania była przeniesiona z czasów przedwojennych tradycja tego zawodu, obejmująca zasady celowościowe i aksjologiczne jego istnienia, wynikające z samej jego istoty - świadczenia społeczeństwu pomocy prawnej, w tym ochrony prawnej przeciwko omnipotencji i arbitralności władzy państwowej. Udział adwokatury w procesie brzeskim, wyrażający się w gremialnym deklarowaniu udzielenia oskarżonym bezpłatnej obrony z urzędu, odbił się szerokim echem w opinii społecznej. Na biurku niemal każdego adwokata w czasach przedwojennych leżała jako swoista biblia książka dziekana Paryskiej Rady Adwokackiej Fernanda Payena „O powołaniu adwokatury i sztuce obrończej”. Treść tej książki, idealizująca zawód w sposób przesadny i napuszony, do obecnych czasów po prostu nie pasuje, niemniej tkwi w niej pewne przesłanie ideowe, zawsze dla adwokatury aktualne: niesienia pomocy prawnej, często moralnej, człowiekowi pomocy tej potrzebującemu.
Polska jest krajem paradoksów. 26 maja 1982 r., w czasie obowiązywania stanu wojennego, Sejm uchwalił ustawę - Prawo o adwokaturze, która w powszechnej ocenie nie tylko polskiego środowiska prawniczego została uznana za jedną z najbardziej liberalnych i postępowych ustaw, zwłaszcza w zakresie respektowania pełnej samorządności tego zawodu w podstawowych domenach jego działalności: naboru i kształcenia kandydatów do zawodu, egzaminów adwokackich i wpisu na listę adwokatów, jurysdykcji dyscyplinarnej itp. Treść ustawy i jej ładunek aksjologiczny stał się podstawą do ubiegania się adwokatury polskiej o przyjęcie do wyżej wymienionych organizacji międzynarodowych, zaś sama ustawa z nieznacznymi retuszami wynikającymi z transformacji ustrojowej po 1989 r. obowiązuje do dzisiaj. Nie ulega dla nikogo wątpliwości, że zdała ona w pełni egzamin swej przydatności w warunkach państwa demokratycznego.
Po stronie słabszego przeciwko silniejszemu
Tymczasem wzrosła niepomiernie rola adwokata w państwie, które pretenduje do miana państwa prawa, co wyraża się w otoczeniu adwokatury ochroną nie tylko konstytucyjną, ale również prawa międzynarodowego. Zwłaszcza obrona w procesie karnym traktowana jest obecnie nie tylko jako instytucja karnoprocesowa, ale również, a w zasadzie przede wszystkim - jako norma konstytucyjna, współgrająca z aktami międzynarodowymi tej rangi, co Powszechna Deklaracja Praw Człowieka wzrosła i Obywatela z 1948 r. i europejska konwencja o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności z 1950 r. W systemie prawa europejskiego, m.in. z mocy tego ostatniego aktu, prawo do obrony w procesie karnym należy do kanonu podstawowych praw człowieka, takich jak życie, wolność, prawo do bezstronnego sądu, zasada domniemania niewinności itp. Nie będzie przesady w twierdzeniu, że wykonywanie takiej obrony przez adwokata urzędnika, podlegającego administracji państwowej, a nie samorządnej władzy własnej korporacji, stanie się zwykłą fikcją lub inaczej - grą pozorów, która w stosowaniu prawa jest gorsza od samego bezprawia.
Należy żywić nadzieję, że do takiej ostateczności nie dojdzie. Zaproponowana nowa wersja „jeżowych rękawic” dla adwokatury polskiej nie mieści się po prostu nie tylko w systemie prawnym, ale również w klimacie kulturowym funkcjonującym od niepamiętnych czasów. O potrzebie istnienia adwokatury jako gwarancie ochrony sądowej dla osób starszych i ubogich wspominał już Bolesław Chrobry (według kronik Jana Długosza) i Kazimierz Wielki (w Statucie wiślickim). Nie mieści się nade wszystko w kanonach struktury tego zawodu obowiązujących w Unii Europejskiej.
Rzecz charakterystyczna, że od 1918 r., to jest od podpisania przez Józefa Piłsudskiego „Dekretu o palestrze Państwa Polskiego” aż po czasy współczesne, to jest przez 85 lat istnienia w ramach różnych formacji ustrojowych żadna władza nie poważyła się wystawić adwokatury na podobne do obecnego targowisko polityczne. Adwokatura była zawsze w centrum zainteresowania społeczeństwa, pisano o niej różnie: słusznie bardzo dobrze i słusznie bardzo źle, ale zawsze była symbolem praworządności, zaś z natury swego powołania zawsze stawała po stronie słabszego przeciwko silniejszemu. Tę kwintesencję zawodu ujął trafnie wielki protoplasta adwokatury europejskiej, adwokat i filozof rzymski, żyjący w I wieku p.n.e., Marek Tulliusz Cyceron w swym następującym osobistym zwierzeniu (z traktatu De officiis - według prof. Kazimierza Kumanieckiego – „Cyceron i jego współcześni” Warszawa 1959): „Największa sława i znaczenie rodzą się wtedy, gdy się staje w czyjejś obronie, a zwłaszcza jeśli się przychodzi z pomocą człowiekowi, na którego zdaje się nastawać ktoś możny; z taką obroną często w różnych sprawach występowałem...”.
Artykuł ukazał się 8 sierpnia 2003 r. na łamach „Rzeczpospolitej”
Adw. dr Kazimierz Łojewski (zm. 18.X.2006 r.) w latach 1986-1989 pełnił funkcję prezesa Naczelnej Rady Adwokackiejpodnoszą do rangi sacrosanctum ideę samorządności w rozumieniu niezależności od administracji państwowej i ideę tę wyrażają w skrócie myślowym: pokaż mi sytuacje adwokatury w twoim kraju, a my na tej podstawie wyrobimy sobie zdanie o poziomie demokracji w tym kraju.