Wyciąganie rodziców czy innych przodków wygląda na chorobę PiS. Bardzo niedobrze by było, gdybyśmy przy okazji różnych sporów zaczęli używać takich argumentów
Rz: Prezydent Lech Kaczyński skrytykował uzasadnienie do wyroku sądu lustracyjnego, a swą ocenę powiązał z pochodzeniem przewodniczącej składu sędziowskiego. Powinien się tak wypowiadać?
Andrzej Zoll: Nie, i to co najmniej z paru powodów. Przede wszystkim prezydent, jako konstytucyjny organ państwa, dotyczy to także premiera, nie powinien komentować, a tym bardziej krytykować wyroków sądów. Sąd wydaje orzeczenie w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej. Od tego są określone procedury odwoławcze. Jeżeli wyrok jest w rozumieniu zainteresowanego niewłaściwy, to może się odwołać do sądu wyższej instancji. Może to zrobić także pani Zyta Gilowska, również w odniesieniu do uzasadnienia wyroku. Druga instancja to zbada. Nie oznacza to jednak, że sąd czy sędzia nie może być oceniany. Niech będzie krytykowany przez dziennikarzy, przez osoby prywatne, natomiast nie powinny tego robić konstytucyjne organy państwa. Odnosi się to zarówno do sądów powszechnych, jak i Trybunału Konstytucyjnego, co też w ostatnich miesiącach mogliśmy wielokrotnie oglądać. Jeżeli prezydent krytykuje wyrok sądu czy trybunału, jest to wysoce niewłaściwe. Co innego, jeśli na temat konkretnego orzeczenia wypowiadają się prawnicy czy publicyści, to jest w pełni dopuszczalne.
A jeśli prezydent zastrzega, że to jego prywatne zdanie, że wypowiada swoją osobistą opinię?
Nie ma takiej możliwości. Prezydent nie jest osobą prywatną. Za każdym razem, gdy wypowiada się publicznie, robi to jako prezydent Rzeczypospolitej. Gdyby prezydent mógł robić takie zastrzeżenie, że teraz powie coś prywatnie, to także prezydentowi można by coś prywatnie powiedzieć. Może coś niepochlebnego. A wtedy mogłoby to być potraktowane jako obraza głowy państwa, która przecież podlega specjalnej ochronie prawnej. Prezydent zawsze jest głową państwa.
A jak pan ocenia takie odnoszenie się np. do pochodzenia rodzinnego sędziego czy kogokolwiek innego?
To jest już wyjątkowo paskudne. Pamiętamy atak „dziadkiem w Wehrmachcie” na Donalda Tuska, potem na Helenę Łuczywo, którą próbowano dyskredytować tradycją rodzinną związaną z KPP. Działacze Prawa i Sprawiedliwości powinni wziąć pod uwagę to, że jeśli będą eskalować taką wojnę, to być może także na ich przodków znajdą się jakieś „haki”. I dlatego uważam, że ten argument, użyty przez prezydenta, a potem przez premiera, to już jest chwyt poniżej pasa.
Czy takie wypowiedzi można traktować tylko jako niezręczność?
Poza odczuciem niesmaku, podobne opinie traktuję także jako oddziaływanie na niezawisłość sędziowską. Jako próbę zastraszania sędziów. W sprawie Zyty Gilowskiej było wyraźnie widoczne polityczne oczekiwanie na określone rozstrzygnięcie. Ponieważ przedstawione przez sąd uzasadnienie nie pasuje do tego oczekiwania, podejmowany jest atak na sędziego. Nie można akceptować sytuacji, że gdy sędzia wyda orzeczenie wbrew oczekiwaniom rządzących, to przypomni mu się tatusia. Szczególnie w wykonaniu prezydenta czy premiera jest to niedopuszczalne.
rozm. Krzysztof Sobczak
źródło: Rzeczpospolita, 9.09.2006