Lotne piaski
Szaleniec z Wirginii w ciągu kilku godzin zabił kilkudziesięciu kolegów i nauczycieli. Raport o ociepleniu powiadamia, że do 2050 r. znikną wszystkie lodowce w Alpach. Odszedł Borys Jelcyn, który rozwiązał Związek Radziecki. W pierwszej turze wyborów we Francji frekwencja wyniosła ponad 85 proc... Takie i inne galopujące wydarzenia skłaniają do głębszej refleksji, do zadumania się nad nimi, do wyciągnięcia wniosków. Tymczasem trwają tylko jeden dzień, wypełniony od rana do późnej nocy zgiełkiem depesz, doniesień i komentarzy, a potem znikają bezpowrotnie.
Siedzę często w fotelu, w którym siadywała w ostatnich latach życia moja Mama. Patrzę na zachód słońca, bo najbliższe okno jest od strony zachodniej. Nieraz przychodzi mi do głowy, że za tym oknem nie ma już ulic, domów i drzew, a tylko ogromne, ciągnące się aż po horyzont lotne piaski. Wsysają wszystkie zdarzenia, problemy, ludzi, połykają je, unicestwiają, zacierają wszelki ślad i nawet nie wiadomo, czy to było naprawdę.
Tak sobie myślę
Niedawno w imieniu Młodej Lekarki żegnałam się ze słuchaczami. Teraz żegnam się z nią sama. Nie przypuszczałam, że tak mocno we mnie siedzi. Jej oczami patrzyłam nieraz na różne sprawy tego świata, który był trochę zakręcony, lekki i pełen kpiny.
Trochę mi jej będzie brakowało, ale że wszystko kiedyś odchodzi, więc i ona musiała to zrobić. Tak sobie jednak myślę, że zrobiła to w słusznej sprawie.
Ludzie ludziom
Przypomniała mi się nagle jesień 1980 r. i gwałtownie, boleśnie zatęskniłam za czasem, w którym ludzie jakby się znów spotkali po długiej rozłące, zainteresowali się sobą, polubili, zaprzyjaźnili, obdarzyli zaufaniem. Podobnie było w lecie 1989 r. i trwało może kilkanaście miesięcy. Potem ludzie zajęli się głównie sobą i zobojętnieli, co wliczono w koszty transformacji.
Od niespełna dwóch lat dzieje się coś bardzo złego. Między ludźmi pojawiły się rowy i rozpadliny biegnące nieraz w poprzek małych grup społecznych, a nawet rodzin. Ochładzają się albo rozlatują wieloletnie przyjaźnie. Język mówiony i pisany stał się brutalny, a używa się go po to, by ranić. W powietrzu unoszą się podejrzenia i oskarżenia – jak wielkie tłuste ćmy.
Któregoś dnia – nie wiem, czy go jeszcze dożyję – ockniemy się. Spojrzymy na siebie nagle uważniej – i zobaczymy się. „Boże, co myśmy ze sobą zrobili" – powiemy.
Ewa Szumańska
źródło: Tygodnik Powszechny, nr 23, 10.06.2007