RZECZPOSPOLITA: Minęły dwa miesiące od zgłoszenia prezydentowi RP przez Trybunał Konstytucyjny listy kandydatów na funkcje nowego prezesa i wiceprezesa TK. Nowy prezes powinien być wskazany na trzy miesiące przed upływem pańskiej kadencji, czyli do 5 sierpnia. Ale tak się nie stało. Pan pewnie wie dlaczego?
Marek Safjan: Nie znam powodów powstrzymywania się pana prezydenta od podjęcia decyzji w tej skądinąd ważnej sprawie. Teoretycznie można było ją podjąć bez czekania do 5 sierpnia. Przewidziany w ustawie termin „najpóźniej trzy miesiące przed upływem kadencji” jest wiążący dla Trybunału i jego Zgromadzenia Ogólnego. Ani konstytucja, ani ustawa o TK nie określają jednak terminu podjęcia tej decyzji przez głowę państwa. Moja kadencja upływa za dwa miesiące. Wierzę, że prezydent wkrótce podejmie decyzję.
Niebawem zacznie się procedura zgłaszania przez kluby parlamentarne kandydatów na nowych sędziów Trybunału. Czego oczekiwał pan, apelując do Sejmu, aby określił kryteria, jakie zastosuje do ich wyboru?
Kryteria konstytucyjne są nader ogólne: mają to być osoby wyróżniające się wiedzą prawniczą. Ustawa o TK dopowiada, że chodzi o kompetencje takie jak w wypadku sędziów Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego. Z takiego sformułowania niewiele jednak wynika. Oczekiwałbym, że parlament przyjmie tryb wyboru, który pozwoli na wypełnienie przesłanki konstytucyjnej. 20 lat działalności Trybunału, a także doświadczenia innych europejskich sądów konstytucyjnych dają dostateczne podstawy do wnioskowania, jakim kryteriom powinni odpowiadać kandydaci.
Wynika z tego, że to pan jest osobą, która takie kryteria może sformułować najtrafniej.
Ograniczę się do kilku najbardziej podstawowych wskazań. Sąd konstytucyjny, który chce utrzymać odpowiedni autorytet (a od tego zależy możliwość wykonywania jego funkcji), musi składać się z sędziów obdarzonych autorytetem w swoim środowisku zawodowym.
Tylko w swoich środowiskach?
Najlepiej byłoby, gdyby do TK trafiły osoby powszechnie cenione. Ale tu chodzi przede wszystkim o autorytet zawodowy, a nie polityczny, o osoby, które będą sędziami i prawnikami, a nie politykami.
A inne kryteria?
Niezależność. Rozumiana jako umiejętność przeciwstawienia się wszelkiej presji: zewnętrznej i wewnętrznej.
Co to jest presja wewnętrzna?
To nacisk własnych przekonań ideologicznych i politycznych. Chodzi więc o osoby, które potrafią zachować powściągliwość i dystans również wobec własnych preferencji politycznych i ideologicznych. Prawdziwy sędzia konstytucyjny to ten, który potrafi oderwać się podczas rozpatrywania sporu konstytucyjnego od swojej wizji świata, zachowując jednak przekonania moralne i wyznawaną przez siebie aksjologię.
To bardzo wygórowane wymagania.
Stosowne do funkcji. Nie każdemu się to udaje, ale są ludzie, którzy mogą im sprostać. Tych kwalifikacji nie da się zmierzyć ani zbadać empirycznie, ale taka wiedza o ludziach wynika najczęściej ze środowiskowych ocen. Uważam więc, że kandydaci na funkcje sędziów Trybunału Konstytucyjnego powinni uzyskać pozytywne opinie najważniejszych prawniczych środowisk w Polsce.
A co z politykami, którzy pretendują do TK?
Doświadczenie poucza, że podczas wyboru nowych sędziów dobrze jest zachować powściągliwość wobec osób aktywnych w polityce. Jednak rozumienie życia publicznego, mechanizmów funkcjonowania państwa, a więc doświadczenie kumulowane przede wszystkim w zaangażowanej i odpowiedzialnej pracy publicznej, to także cenne wartości. Chodzi jednak o to, aby nie decydowało polityczne zaangażowanie i preferencje dla tej lub innej opcji politycznej. Byli politycy nie powinni dominować w składzie sędziowskim, bo może to doprowadzić do zmiany charakteru Trybunału i przekształcenia go w instytucję polityczną. Warto o tym pamiętać i dlatego, że odchodzi właśnie z Trybunału sześciu sędziów, którzy nie byli wcześniej uwikłani w działalność polityczną - pięciu profesorów i jeden były adwokat. Jeśli te osoby zastąpi się politykami, to proporcje w Trybunale zostaną zachwiane.
Ale o tym zdecyduje rządząca większość.
W normalnie funkcjonującym demokratycznym państwie rządząca większość nie bierze wszystkiego w sądzie konstytucyjnym. Warto więc przypomnieć, że w 1997 r. rządząca większość, która mogła dokonać wyboru nowych sędziów, na prośbę prezydenta powstrzymała się od tego i powołanie sędziów przeniosła na czas po wyborach (które zresztą przegrała).
Jeśli skład sądu konstytucyjnego ma być jakąś emanacją układu politycznego w parlamencie, to opozycja parlamentarna również powinna mieć realny wpływ na wybór niektórych spośród nowych sędziów.
Dlaczego wybór właściwych osób do Trybunału jest tak ważny?
Bo sąd konstytucyjny staje się niekiedy ostatnią instancją dla utrzymania standardu demokratycznego w państwie. To czasem jedyna szansa uratowania zagrożonych wartości i zasad, ostatni bastion demokracji.
Zapewniał pan ostatnio w Sejmie, że Trybunał nie jest cenzorem parlamentu. Ale recenzentem chyba jest. A posłowie nie zgadzają się np. z oceną, że uchwalane przez nich prawo jest złe.
Jego jakość budzi wiele zastrzeżeń. Po pierwsze - jest go za dużo, jest nieskuteczne, załatwia często jedynie doraźne interesy grup politycznych czy gospodarczych. Po wtóre - często nie spełnia podstawowych wymagań poprawności legislacyjnej, jest pisane fatalnym językiem, niespójne, pełne sprzeczności i po prostu niezrozumiałe. Nawet wówczas, gdy dotyczy prostych kwestii. Po trzecie - tworzy się je niekiedy ze świadomością, że nie będzie wykonywane, bo ma być jedynie decorum państwa prawa.
Może to ocena zbyt surowa, skoro do Trybunału trafia tylko okruch tego, co powstaje w Sejmie?
Wypowiadam się tu jako profesor prawa, znający opinie środowisk stosujących prawo i śledzący to, co się uchwala: dziesiątki tysięcy stron przepisów, których nikt nie jest zdolny ogarnąć, nawet przy wysokim stopniu profesjonalizmu.
Nie sprzyja łagodzeniu tych ocen także analiza spraw trafiających do Trybunału, choćby tych szczególnie ważnych i szeroko opisywanych w ostatnich latach, np. ustawy o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, o abolicji podatkowej, o Narodowym Funduszu Zdrowia, o prawie lokalowym.
Z determinacji, którą wykazuje pan w sprawie niewykonanych wyroków TK, można wnosić, że zależy panu, aby przed końcem kadencji doprowadzić do rozwiązania tej kwestii.
Źródłem problemów z wykonywaniem wyroków TK są także niedostatki samej konstytucji. Pominęła ona całą sferę zagadnień związanych ze skutkami orzeczeń TK, zabrakło np. wyraźnego zakreślenia granic retroaktywności wyroków, nie dała Trybunałowi niezbędnych instrumentów, które pozwalałyby przejściowo wypełnić lukę powstającą po usunięciu niekonstytucyjnego przepisu. To jest m.in. jeden z powodów relatywnie częstego odraczania terminu wejścia w życie niektórych wyroków. W efekcie czasem nawet przez 18 miesięcy obowiązuje prawo naruszające konstytucję.
Po deklaracji marszałka Senatu, wyrażającego wolę pilotowania wyroków Trybunału, również Sejm zapewnia o możliwościach rozwiązania tego problemu. Co pan na to?
Przyjmuję te deklaracje sceptycznie, ponieważ powtarzane są - bez większych efektów - od lat przy okazji corocznej informacji przedstawianej parlamentowi przez Trybunał. W odpowiedzi na moje pisma w tej sprawie otrzymywałem już wiele razy zapewnienia od marszałków Sejmu i Senatu, że ten problem jest przedmiotem stałej troski et cetera, et cetera.
A lista niewykonanych wyroków z roku na rok się wydłuża.
rozmawiała Jolanta Kroner
źródło: Rzeczpospolita, 18.09.2006