Dziennikarze, sędziowie i jawność
Prawo prasowe, które dziś obowiązuje w Polsce, wywodzi się ze stanu wojennego. Jego fragmenty można czytać w kabarecie. Dodatkowo dziennikarze mają obowiązek przeprowadzenia przed sądem „dowodu prawdy”. Pozwany dziennikarz musi dowieść, że to, co przedstawił, jest obiektywną prawdą. Taki (rozumiany dosłownie) dowód możliwy jest w logice, ale nie w rzeczywistości społecznej. Choćbyśmy przytaczali słowa świadków i dokumenty, zawsze ktoś może uznać, że świadkowie są stronniczy albo nieuważni, a dokumenty - spreparowane. Zgodnie z tym paragrafem dziennikarz musi dochować „szczególnej staranności i rzetelności”, co trudno uznać za zapis precyzyjny. Nie twierdzę, że sądy wyciągają ostateczne konsekwencje z tej regulacji - doprowadziłoby to do paraliżu mediów - ale czasami to im się zdarza. Dziennikarze dziś już nieistniejącego „Życia”, którzy opisali spotkania Aleksandra Kwaśniewskiego z agentem wywiadu rosyjskiego, dysponowali świadectwami grupki nieznających się świadków. Prezydent przeciwstawił im swoich - pracowników jego kancelarii. I niech państwo zgadną, którym sąd dał wiarę? Zgodnie z normami europejskimi czy amerykańskimi wystarczy, jeśli dziennikarz oprze się na wiarygodnych świadectwach. Nawet Trybunał Europejski stwierdził, że istniejący w polskim prawie „dowód prawdy” w praktyce nie jest możliwy do przeprowadzenia. Nie wpłynęło to jednak na opinie polskich sędziów. Pozostaje pytanie, czy możemy mieć do nich więcej zaufania niż na przykład do sędziów anglosaskich? Na konferencji zorganizowanej przez rzecznika praw obywatelskich członkowie najwyższych gremiów sędziowskich nie dostrzegali problemu w opisanych powyżej regulacjach. Nie dostrzegali go również w „zabezpieczaniu powództwa”, czyli zakazie publikowania na określony temat do wyroku. Na takie rozstrzygnięcie film o Amwayu czeka już siedem lat. Na szczęście regulacja ta zostanie zaskarżona przez r.p.o. Wszystkie te ograniczenia nakładają na dziennikarzy pęta, a więc limitują jawność, czyli wiedzę, jaką dysponują obywatele. Prowadzą do reglamentowania demokracji.
Bronisław Wildstein
źródło: Rzeczpospolita, 26.05.2007