Niewykorzystana armia Temidy
Rz: Raport „Wymiar sprawiedliwości w Europie” sporządzony pod pana kierownictwem podważa kilka mitów na temat polskiej Temidy: nakłady na nią nie są niskie, sędziowie są dość dobrze opłacani i mają pomoc urzędników, a spraw wcale nie jest tak dużo. Ale opracowanie ma jeden słaby punkt: za podstawę wyliczeń przyjęto tylko procesowe sprawy pierwszoinstancyjne, w rezultacie nie ma ich 10 mln - a taki jest formalnie wpływ od kilku lat - ale 1,8 mln
Andrzej Siemaszko: Uczynienie pierwszoinstancyjnych spraw procesowych punktem odniesienia do szacunków obciążenia pracą sędziów, adwokatów i radców prawnych nie było moim pomysłem. Taką decyzję metodologiczną podjęła grupa robocza Europejskiej Komisji ds. Efektywności Wymiaru Sprawiedliwości (CEPEJ) Rady Europy i - dodajmy - była to decyzja słuszna. Należało bowiem znaleźć wspólny mianownik dla skądinąd szalenie zróżnicowanych systemów sądownictwa, a ten właśnie wydawał się najwłaściwszy. Po pierwsze, w każdym systemie pierwszoinstancyjnych spraw procesowych jest najwięcej, po drugie zaś, są to sprawy najbardziej czaso- i pracochłonne. A że przy okazji prysł mit o 10 mln spraw rocznie, którymi rzekomo są zawalone polskie sądy, to już nie moja wina. Blisko 40 proc. bowiem to sprawy wieczystoksięgowe, rejestrowe i nakazowe.
Pod względem liczby sędziów na 100 tys. ludności jesteśmy na siódmym miejscu (czy w Europie?), ale wyprzedzają nas tylko kraje małe, w których te proporcje muszą być inne. Gdzie więc są przyczyny naszej niewydolności?
Raport ukazuje, jak nieefektywny jest polski wymiar sprawiedliwości. Chociaż dysponujemy armią sędziów i prokuratorów, sprawy nadal ciągną się latami. Nie ulega wątpliwości, że wybraliśmy najgorszy z możliwych sposobów (i najbardziej kosztowny) przezwyciężania kryzysu wymiaru sprawiedliwości: mnożenie etatów. Trudno jednak wskazać jedną przyczynę niewydolności sądów i prokuratur.
Należy do nich brak nadzoru. Badaliśmy w Instytucie przyczyny przewlekłości postępowania zarówno w sprawach karnych, jak i cywilnych. Jeśli w sprawie cywilnej w kolejnych dziesięciu terminach nic właściwie się nie dzieje, to są dwa tego wytłumaczenia: albo sędzia nie wie, jak sprawę rozstrzygnąć, albo daje się stronom wodzić za nos. Były również sprawy, które leżały po kilka lat, nawet bez wyznaczenia terminu rozprawy. Przy prawidłowo działającym nadzorze to również nie miałoby prawa się zdarzyć!
Najważniejszą rolę w nadzorze powinni odgrywać prezesi oraz przewodniczący wydziałów. Prezesi nie wypełniają jednak tych funkcji, gdyż są zakładnikami środowisk, z których się wywodzą.
Badania prowadzone w IWS wskazują ponadto na kiepski poziom orzecznictwa. Nie ulega wątpliwości, że lepiej wykształceni sędziowie mogliby szybciej orzekać. Byłoby też zapewne mniej uchyleń, a to również zwiększyłoby sprawność postępowania.
Jak podnieść ten poziom?
Trzeba jak najszybciej wdrożyć program kształcenia ustawicznego sędziów i prokuratorów (liczę tu bardzo na szkołę krakowską), co jest zresztą standardem w krajach UE. I pozornie błaha sprawa: anachroniczny sposób utrwalania przebiegu rozprawy przedłuża jej trwanie. Jak za króla Ćwieczka! Przeciętny śmiertelnik nie jest w stanie pojąć, dlaczego sędzia dyktuje do protokołu zapis rozprawy.
Nasze sądownictwo jest ponadto niedostatecznie skomputeryzowane. Nie chcę powiedzieć, że nic się w tej kwestii nie dzieje, ale informatyzacja postępuje zbyt wolno, a przecież może znacząco usprawnić postępowania. Słowacy, przy wsparciu Banku Światowego, całkowicie zinformatyzowali swoje sądownictwo i na pozytywne rezultaty nie trzeba było długo czekać.
Wiele do życzenia pozostawia u nas również dyscyplina pracy.
Pod względem udziału wydatków budżetowych na sądownictwo jesteśmy na drugim miejscu (po niewielkiej Norwegii) i są one dwa razy wyższe niż w większości krajów. Czy dobrze wydajemy te pieniądze?
Są to nakłady niemałe. Nieodzowne jest jednak, by w najbliższych kilkunastu latach pozostawały na obecnym, dość wysokim poziomie, bo taka jest skala niedoinwestowania sądownictwa. Czy te niemałe środki wydawane są racjonalnie? Trzeba najpierw poznać dokładną strukturę ich wydatkowania. Konia zaś z rzędem temu, kto np. odpowie na pytanie, ile w skali kraju wydają sądy na opinie biegłych. Generalnie jednak mam wrażenie, że kwestia racjonalnego wydawania pieniędzy nie jest w sądownictwie pierwszoplanowa. A szkoda.
Jednak pod względem wydatków na pomoc prawną jesteśmy w ogonie. Wydajemy na ten cel 0,4 euro, podczas gdy Czesi dwa razy więcej, nie wspominając o Anglii. Tam wydaje się ponad 100 razy więcej.
Pomoc prawna jest niewątpliwie piętą achillesową polskiego wymiaru sprawiedliwości. Wydajemy na ten cel mniej niż większość nowych państw członkowskich Unii, nie wspominając już o krajach starej Unii. Konieczne są więc rewolucyjne zmiany. Nie widzę jednak powodu, by na pomoc prawną łożyło wyłącznie państwo. Powinny przyjść mu w sukurs również korporacje prawnicze i wziąć na siebie część związanych z tym kosztów, tak jak to się dzieje w innych krajach.
Co najbardziej zaskakuje w raporcie, to mała liczba adwokatów i radców prawnych. Mamy ich trzykrotnie mniej niż w dużych krajach Unii Europejskiej. Czy obecna „rewolucja” w naborze temu zaradzi?
Konsekwentny proces zamykania się obydwu korporacji dał właśnie taki skutek. Dystans dzielący Polskę od pozostałych dużych krajów unijnych jest olbrzymi i zawstydzający. Niewykluczone więc, że będą potrzebne kolejne zmiany legislacyjne mające na celu szybkie i radykalne zwiększenie liczby adwokatów i radców prawnych.
Z raportu wyłania się wniosek, że trzeba zmienić kierunki reformy wymiaru sprawiedliwości. Co by pan zrobił w pierwszej kolejności?
Nieodzowne są przede wszystkim daleko idące zmiany procedur - zarówno karnej, jak i cywilnej. Polski proces jest nadal nadmiernie sformalizowany. Zarówno w k.p.k., jak i w k.p.c. jest ponadto mnóstwo przepisów umożliwiających długie procedowanie lub nawet zachęcających do niego. Jaskrawym tego przykładem jest chociażby rozdział kodeksu postępowania cywilnego poświęcony sprawom gospodarczym.
Olbrzymie rezerwy tkwią też we właściwej strukturze i organizacji pracy sądów i prokuratur. Należałoby m.in. dążyć do likwidacji najmniejszych jednostek i dzielić jednocześnie molochy na jednostki mniejsze, jak się to już dzieje np. w Warszawie. Pilną koniecznością jest wreszcie przegląd stanowisk funkcyjnych, zwłaszcza w kontekście pensum orzekania. Proszę bardzo, niech sobie dalej istnieją sądy, a jest ich niemało, w których na jednego szefa przypada pół podwładnego, pod warunkiem wszakże, że „generałowie” będą mieli tyle samo spraw do orzekania co „szeregowcy”.
Rozmawiał Marek Domagalski
źródło: Rzeczpospolita, 17.01.2006